random things i love.coffee-with-milk-and-sugar.irony&sarcasm.ART.goodfilmsmusicbooks.GIGS.festivals.scottish accent.american literature.ireland.scotland.usa.london.beer.TRAVEL.chocolate.literature.new york.

can't stand.nationalism.conservatism.racism.homophobia.ignorance.intolerance.STUPIDITY.metal.techno.

My biggest addiction:
last.fm/user/Digs333

Films:
About A Boy
August Rush
Bend It Like Beckham
Billy Elliot
Breakfast At Tiffany's
Darjeeling Limited
Die Sonnen Allee
The Full Monty
Green Street Hooligans
The Illusionist
Love And Other Disasters
Le Nouveau Monde
Mamma Mia!
Once
Pride & Prejudice
The Royal Tennenbaums
Shakespeare In Love
The Silence of The Lambs
The Truman Show
There's Only One Jimmy Grimble
Trainspotting
Vanilla Sky

Books:

About a Boy (Nick Hornby)
Eureka Street (Robert McLiam Wilson)
Ripley Bogle (Robert McLiam Wilson)
The Great Gatsby (Fitzgerald)
White Teeth (Zadie Smith)
Mistrz i Małgorzata (Michaił Bułhakov)

Agatha Chritsie:
The A.B.C Murders
Murder On The Orient Express
Murder Is Easy
The Pale Horse
A Pocket Full Of Rye
Why Didn't They Ask Evans?


Linken:
www.screenagers.pl
www.pitchforkmedia.com
www.mog.com

2008 był wręcz rewolucyjny jeśli chodzi o mój stosunek do muzyki. Dobrze, może nie było aż tak drastycznie jak gdybym po Spears zabrała się za Animal Collective w każdym bądź razie wiele się zmieniło. A cała ta mini rewolucja dzięki OFFowi.

Najbardziej uwidacznia się to w moim stosunku do Yeasayer. Dostałam ich płytę już wiele miesięcy temu ale uznałam ją za kompletnie kosmiczną i nie do wysłuchania. Gdy przesłuchałam ją raz jeszcze parę tygodni po OFFie totalnie się zachwyciłam. W szeroko rozumianą alternatywę (to słowo jest tak podstępne jak "indie" ale cóż, idę na łatwiznę) nie da się wskoczyć, trzeba się zgłębiać powoli.

Otóż pierwszy bohater roku. Pan Rojek dzięki komu ta notka będzie wyglądała tak a nie inaczej.

Więc z całego serca dziękuję za genialną inicjatywę i pomysł i życzę dalszych sukcesów!

Przez te kilka miesięcy usłyszałam i poznałam więcej zespołów, świetnych zespołów, niż kiedykolwiek dotychczas. Wiele znów nadrabiałam. Więc moje podsumowanie nie będzie stricte z 2008, ale tego wszystkiego co ja poznałam w 2008 roku.

Kawałki. Je chyba wybrać najtrudniej. Dlatego od nich zaczynam.

takie małe top10.

10. "Hallelujah" The Helio Sequence

Z tegorocznego albumu mało znanego zespołu z Oregon. Najbardziej łapie mnie w tym utworze tekst. Można go w różny sposób interpretować, generalnie w ciekawy sposób mówi o wierze i próbie (nieudanej bądź i nie) zrozumienia jej. Polecam.

9. "Pocketful of Money" Jens Lekman

Cudowne. Wokalne mistrzostwo. Połączenie dwóch tak różnych głosów było strzałem w dziesiątkę. Rytmika, ten bluesowy posmak i wokale zwalają z nóg. I ten moment zaskocznia. Świetna chilloutowa piosenka.

8. "All My Little Words" The Magnetic Fields.

Poznałam tuż przed wyjazdem. Byc może zbyt spontanicznie ich tu włożyłam, jednak chwyciła mnie za serce od razu. Taka mała perełka z pięknym tekstem i popfolkową melodią.


7. "Your Protector" Fleet Foxes / "Never Stops" Deerhunter

Jedne z najlepszych debiutów ubiegłego roku. Faworyty uobydwu zespołów. Trudno było się zdecydować.

6. "Le Vent Nous Portera" Noir Desir

Słyszałam ją już wieki temu, do tego stopnia że ledwo ją pamiętałam. I po latach, całkowicie oczarowała mnie na nowo. Poezja. Nawet po przetłumaczeniu na polski dalej mogę stwierdzić że Cantant był lirycznym geniuszem. Najlepsza reklama do nauki francuskiego (ja na chwilę obecną mam go dość:) ). Przecudne.

Le vent l'emportera
Tout disparaîtra
Le vent nous portera

La caresse et la mitraille
Cette plaie qui nous tiraille
Le palais des autres jours
D'hier et demain


Le vent les portera



5. "The King of Carrot Flowers, pt1" Neutral Milk Hotel

2-minutowe cudo, liryczne (jak cała "In The Aeroplane Over The Sea"), muzycznie i wokalnie.

4. "Strongest Man In The World" Menomena

Pewnie niektórych dziwi wybór akurat tej.  Nie, to chyba nie jest rzeczywiście mój ulubiony utwór Menomeny (ale z innej beczki, sama nie wiem czy taki mam).
Ten z pewnością jest najważniejszy, bo był to pierwszy utwór Menomeny jaki usłyszałam, który od pierwszej chwili mnie totalnie zahipnetyzował.

iron, fused out of iron, iron...


3. "The Time Is A Grotesque Animal" of Montreal

Sfiksowane, hipnotyczne cudo. Znów wielu określa ją jako "epic". Zgadzam się bo za każdym razem, gdy jej słucham, odlatuję. Wprowadza w genialny muzyczny trans.
A wysłuchana na żywo. Brzmiała totalnie niesamowicie. Nie wiem jak inni, ale ja byłam na 100% naturalnym haju. Było to chyba najbardziej niesamowite wykonanie na żywo jakie widziałam. I życzę kazdemu, by tego jeszcze przed śmiercią doświadczył. Znacznie więcej niz warto.

Let's just have some fun
Let's tear this shit apart
Let's tear the fucking house apart
Let's tear our fucking bodies apart
But let's just have some fun

We want our film to be beautiful, not realistic
Perceive me in the radiance of terror dreams
And you can betray me
You can, you can betray me

Hipnotyczne. Genialne.

2. "Fickle Cycle" Animal Collective

Mój zdecydowany faworyt AC. Znów dzięki Skins.
Wspaniała. Wspaniała. Świeża. Dynamiczna. Nie przestaję się nią zachwycać od stycznia tamtego roku. Flawless.

1. "Time To Pretend" MGMT

Wiem, że to brzmi banalnie. Chyba każdy mniej czy bardziej szanujący się serwis docenił MGMT. A ja usłyszałam "Time To Pretend" zanim cały hype doszedł do Polski. I zwaliło mnie z nóg. Być może dlatego, że miało takie być. Końcówka "Skins" a tu taki kawałek.
Mówi się o niej że to tekst pokolenia. Można by polemizować, ale na pewno coś w tym jest. W każdym razie z pewnością może wydawać się wyjątkowy i ważny dla młodego człowieka stojącego na pewnym życiowym rozdrożu.
 
I'll miss the playgrounds and the animals and digging up worms.
I'll miss the comfort of my mother and the weight of the world.
I'll miss my sister, miss my father, miss my dog and my home.
Yeah I'll miss the boredom and the freedom and the time spent alone.

But there is really nothing, nothing we can do.
Love must be forgotten. Life can always start up anew.
The models will have children, we'll get a divorce,
we'll find some more models, Everything must run its course.


Ironiczna i jednocześnie smutna. Doskonała.

(polecam w szególności wersję nie-singlową)



Które stare wygi zostały ze mną w szczególności w tym roku?

Przede wszystkim trzej panowie:

A z nich przede wszystkim:

Patrick Wolf






Im bardziej poznaję jego muzykę tym bardziej mnie ona fascynuje. Wręcz zachwyca sposób w jaki ten człowiek potrafi łączyć różne elemty rocka, folk, electro, gdzieniegdzie techno w jedną niezwykle energetyczną i niesamowita całość przeładowaną energią. Wyjątkowy i niepowtarzalny.



Yann Tiersen




Mistrz. Niewielu artystów zasługuje na miano geniuszy, ale on z całą z pewnością tak. Wyjątkowo. Niepowtarzalna a przede wszystkim niewyobrażalnie piękna. Nie znam jak dotąd nikogo kto spróbowałby mu cokolwiek zarzucić.

I tu specjalne podziekowania dla Basi za kawał dobrej muzyki na 18stke :).


I ostatni pan.

Sufjan Stevens.




Piękny spokojny amerykański folk. Pisałam już i o "Seven Swans" i "Illinoise" więc nie chcę się powtarzać. Niesamowite, urocze melodie i pełne ciepła, optymizmu i wiary teksty.

A "Sister Winter" to zdecydowanie jedna z najcudowniejszych piosenek jakie kiedykolwiek powstały! Czysta magia.

I w tym roku ze starej gwardii szczególny był również:




Belle and Sebastian

Po kilku miesiącach przerwy do nich wróciłam i ponownie się zachwyciłam. Najpiękniejszy pop ze znanych mi zespołów. Bo to nie jest coś niesamowicie ambitnego, zwymyślanego, zdziwiałego. Proste, wzruszające melodie, spotrzegawcze, cudowne, prawdziwe teksty - oto czym jest Belle and Sebastian. Do tego delikatny, piękny głos Murdocha. I za to wszystko ich kocham.



Z nowości. A było ich trochę i trudno mi było wybrać najlepszą 10. W każdym razie. There you go.

10.Deerhunter
9. Noir Desir
8. Beirut
7. Fleet Foxes
6. Lackthereof
5. The National
4. Neutral Milk Hotel
3. of Montreal
2. MGMT

i SURPRISE SURPRISE!


1. Menomena

Płytowo wybaczcie ale mi się nie chce. Powyższe i z pewnością muszę wyróżnić jeszcze płytę Sunset Rubdown i "69 Love Songs" The Magnetic Fields. Dlaczego? O tym może innym razem.


Ci ktorzy mnie znają dłużej pewnie zadają sobie następujące pytanie:

OAAAAAAASIIISSSS, THE VEEEEEEERVEEEE i TRAAAAAVVVVIIIISSSS wydali nowe płyty a ty kobieto nic? NIC?!

A no nic. Płyta Oasis jest dobra, The Verve i Travis znów niespecjalnie. Z bólem serca ale nic.

A wydarzeń muzycznych nie było dużo ale te co były były absolutnie genialne i nie zamieniłabym ich na nic.

OFF festival i koncert Travisów w Edynburgu.
Dwa niezapomniane wydarzenia, obydwa niesamowite i wyjątkowe :).


Muzycznie wpisuje 2008  5+!

I życzę sobie i Wam również choć w połowie TAAK udanego roku jak ten ubiegły!

Cheers!

Być może coś pominęłam. W każdym razie te zespoły były dla mnie w tym roku niesamowicie ważne pomijając "starą gwardię"


by Digsy | 2009-01-04 21:28:40 | skomentuj! (1)

Czas podsumowania.

Na wstępie, 2008 bez wątpienia muszę zaliczyć do udanych.

Zaczął się w Genewie i zaczął się fantastycznie. Upłynął w fajnej atmosferze wielu fantastycznych imprez. Bezbłędnego wyjazdu. Podwójnego wyjazdu na Wyspy. Pierwszy był taką małą szkołą życia, który wiele mnie nauczył. Co najważniejsze zdołałam udowodnić coś sobie i innym. Pierwsza praca. To w gruncie rzeczy przeważna sprawa. Fantastyczny festiwal. Drugi pobyt na Wyspach, który był jak bajka. Nagle znalazłam się w ukochanej Szkocji, w samym jej sercu i z buta w samym sercu Edynburga na niesamwitym koncercie Travisów. Objechałam kawałeczek Szkocji i w wyniku splotu różnych biletowych wydarzeń zdążyłam znaleźć się i w tym roku w Londynie. Później kolejne fajne imprezy. Już te najlepsze. Mój własny próg "dojrzałości" (haha!) i zakończę rok po raz drugi na Taize, w Brukseli tym razem.

Wszystko to ujęte w takim skrócie brzmi cholernie surrealistycznie. A jednak. Różne fajne rzeczy naprawdę się przydarzają.
Nie wspominam o niczym smutnym, nieistotnym itp. Po co?

Zmieniłam mój cały muzyczny światopogląd, oglądnęłam kilka nieziemskich filmów, przeczytałam parę genialnych książek. I o tym wszystkim już za chwilę bo po to przecież blog jest.

Od czego zacząć?

Może filmy?

A więc. Najlepsze filmy, które zobaczyłam w roku 2008 to bez wątpienia.

10.  Juno.

Inne, fajne ujęcie tematu ciężarnej nastolatki. Nastawiałam się raczej negatywnie. Po raz pierwszy główną bohaterką jest naprawdę fajna dziewczyna, a nie kolejna rozmazana, wymalowana cizia. Ogromny plus za to. I za rozsądek.
Temat uniknął melodramatu i to główny powód tego, że wylądował w mojej czołówce. Plus świetny soundtrack. Świetne kawałki Belle and Sebastian i Sonic Youth.

9. Control

Całość może nie genialna. Raczej spokojny, czysto biograficzny. Co mnie bierze w tym filmie - przede wszystkim muzyka i teksty Joy Division posplatane fantastycznie z losami Curtisa.

8. P.S I Love You.

Gdy usłyszałam tytuł myślałam to co Wy w tej właśnie chwili (chyba że go znacie). Najbardziej łzawy film obok "Wzgórza Nadzieji" jaki  oglądałam. Nigdy nie zapomnę komentarza Marii: "I fucking hate this movie. I've been crying for the whole fucking time".
Urzekająco piękny w swej prostocie i tematyce. Trudno go nazwać komedią romantyczną, z całą pewnością jednak filmem o miłości tak.

7. Le Noeavou Monde czyli "Nowy Świat"

O tym już pisałam. Cóż. Lubię francuskie filmy. Para lesbijek wychowująca a najpierw chcąca mieć dziecko i w koncu stwarzająca mu prawdziwy dom i rodzinę. Ciekawe ujęcie tematu i wyjście z niego obronną ręką. Film o tolerancji, ale bez zbędnego patosu czy morałów. Polecam.

6. Mamma Mia!

Kocham musicale. A musical z utworami ABBY i z taką obsadą trafił w dziesiątkę. Sama przyjemność.

5. The Royal Tennenbaums czyli "Genialny Klan"

Gene Hackman! Owen Wilson (a co), Luke Wilson, Ben Stiller i Gwyneth Paltrow. No i reżyseruje Anderson. I się nie zawiodłam.
Brak wyraźnej fabuły ani akcji. Ale to wszystko burzyłoby kunszt, drobiazgowość i klimat obrazu.

"Jednak "Genialny klan" to nie film psychologiczny, ani też dramat obyczajowy. To znakomita, chwilami surrealistyczna opowieść o miłości, przyjaźni i samotności z zabarwieniem wyraźnie komediowym."

Nominowany do Oscara.

4. Vanilla Sky.

Tom Cruise gra bogatego "kobieciarza", który niespodziewanie zakochuje się w dziewczynie (Penelope Cruz) swojego przyjaciela (Jason Lee). Niestety, w wyniku wypadku samochodowego spowodowanego przez byłą narzeczoną (Cameron Diaz) jego twarz jest całkowicie zmasakrowana.

Do tego momentu wytrzymałam parę lat temu. Widocznie do niektórych filmów trzeba dojrzeć.
Fenomenalny. Pamiętam, że w dzień, w którym go puszczali byłam po dwóch pyralginach i półprzespanej nocy, kompletnie wykończona. Miałam iść wcześniej spać. A poszłam gdzieś przed północą. Byc może się powtarzam. A wszystko przez to, że ten film mnie całkowicie i totalnie pochłonął. Dosłownie siedziałam przed pudłem z rozdziawioną głębią.
Zakręcony totalnie, może końcówka trochę już przejechana, ale poza nią nie mam żadnych żadnych zastrzeżeń. Wszystko pod koniec sprowadza się do paru prostych i bardzo uniwersalnych pytań.

Genialna muzyka, świetne zdjęcia i rewelacyjna gra autorska pary Cruz i Cruise. Teraz czekam na hiszpański oryginał.

3. August Rush
 
Przepiękny film o miłości, muzyce a przede wszystkim miłości do muzyki. Natknęłam się przypadkiem, gdy zobaczyłam Jonathana Rhys Meyersa nie mogłam sobie odmówić. I nie żałuję.
Piękny. To najlepiej go chyba oddaje. Historia naiwna i wręcz baśniowa ale doskonała dla każdego kto kocha i czuje muzykę.

"To film o miłości między dwojgiem oddalonych ludzi. O wierze, że gdzieś tam ktoś czeka na samotną duszę. To także film o tęsknocie. Ale przede wszystkim jest to film o ludziach. To oni w końcu czują. Pochwalić należy przede wszystkim wspaniałą grę Freddy'ego Highmore'a który wcielił się w rolę Evana. Ekspresja tego człowieka potrafi wycisnąć niejedną łzę z oka. Kiedy Evan gra, z ekranu wręcz wylewa się szczęście tego chłopca. To naprawdę chwyta za serce. Również reszta aktorów przekonuje nas, że uczestniczymy w niezwykłej opowieści. Magicznej opowieści. Bo to, co się dzieje w głowie Evana, haczy wręcz o metafizykę. Widz czuje to, co ten chłopiec. Na pochwałę zasługuje również muzyka. Jest przepiękna i wspaniale oddaje eteryczność, która snuje się nam przed oczyma. Udało się zakląć w dźwięku moc obrazu i na odwrót."

filmweb.



2. Milczenie Owiec.

Tu chyba znów podeprę się recenzją, ale najpierw spróbuje sama coś sklecić. Klasyk. Każdy zna i każdy słyszał, nie muszę się znowu wysilać. Dla mnie arcydzieło thrilleru psychologicznego. Arcygenialna rola Hopkinsa kreaującego genialnego psychiatrę psychopatę.
Świetna rola Foster.
Nie będę tu go zachwalać. Bo to zbyteczne. Ten film bezapelacyjnie broni się sam. ARCYDZIEŁO. Klasyk na stałe wpisany w historię kinematografi. 
"Milczenie Owiec" po prostu MUSI SIĘ oglądnąć.

1. no jak to co? - TRAINSPOTTING

Czekałam i czekałam by go w końcu oglądnąć i w końcu oglądnęłam.
Arcydzieło ale już z zupełnie innej beczki. Z lekka surrealistyczny i totalnie pokręcony. Klasyk kina brytyjskiego. Edynburg w tle, britpopowe klimaty na ścieżce dźiękowe, McGregor i szkockie akcenty. I jak mogło mnie to nie wziąć?

Porywa, zabawia i skłania do refleksji. Nie dramatyzuje, nie moralizuje i nie ocenia. Niebanalny. Powierzchowny i głęboki. To wszystko zależy od widza.

Koniecznie muszę powtórzyć seans :).

Porządniej zabrałam się za kino, wcześniej raczej nie byłam wybredna.

Przy okazji w tym roku widziałam najgorsze gówna w życiu. A było ich na szczęście tylko dwa:
Dlaczego Nie! (?) - zostałam zmuszona. Nie mogłam co gorsza uciec, byłam uwięziona w autobusie bez odtwarzacza. Fatalne. Coś okropnego. Zostało nam tylko nabijanie się z Zakościelnego. Same fki, a pokolei: fatalne dialogi, totalnie grafomańskie, fatalna gra aktorska (kto jeszcze zatrudnia tego drewniaka?!), fatalna jak w podobnych przypadkach muzyka i fatalna fabuła. Coś jeszcze?
Broń was Boże od oglądania.

Borat cośtam cośtam. Bezpowrotnie stracone 3 zł. Nie dotrwałam do końca. Nie widziałam jeszcze nic gorszego. Gówno totalne. Rzadkie i śmierdzące jak Feel. Zero dobrego humoru. Jeśli kogoś śmieszą teksty typu "wejdę w jej waginę" czy wyśmiewanie się z Kazachów, kobiet, feministek, gejów, Żydów w sposób ni to śmieszny ni trafny to proszę bardzo. W dalszym ciagu mam traumę. Mam nadzieję szybko o tym zapomnieć.

Koniec filmowego skrótu.

Książkooowooo.

Tu będzie krótko, bo za wiele nie czytam z braku czasu. Książka zresztą pochłania go znacznie więcej niż film czy muzyka, przy czym dochodzi tu również wysiłek fizyczny i intelektualny. Kto czyta, ten wie.

Przede wszystkim natknęłam się na mojego mentora i guru. Roberta McLiama Wilsona.

i dwie niesamowite, genialne książki jego autorstwa a mianowicie "Ulicę Marzycieli" i "Zaułek Łgarza".

"Ulica Marzycieli" zaczyna się zdaniem, które każdy, kto przeczytał tę książkę, z reguły już na długo zapamiętuje.

All stories are love stories

Każde opowiadanie traktuje w gruncie rzeczy o miłości.

Wszystkie historie które rzeczywiście w gruncie rzeczy traktują o miłości rozgrywają się na pierwszym planie konfliktów w Belfaście. W tle przewija się ciągły konflikt między katolikami i protestantami. Losy głównych bohaterów przeplatają się z losami Belfastu. Wilson poza tym zmierza się z wieloma trudnymi problemami i pytaniami o sens wojny, konfliktów, tożsamości narodowej, tolerancji i akceptacji. Przy tym nie ocenia, nie oskarża, nie moralizuje.
Książka opiewa Belfast, miasto wydawać by się mogło, nieszczególne, szare, wynęndzniałe i napiętnowane wojną na tle rasowym i religijnym.
Ale to wszsystko tworzyłoby łzwawy melodramat gdyby nie lekkość pióra, genialny humor autora, tryskający ironią, częstym cynizmem i sarkazmem w odpowiednich dawkach.
Dla mnie ta książka jest arcydziełem. Trudno podsumować coś tak bogatego i różnorodnego, gdzie nawet opisy zachwycają, do tego stopnia że znaczy sie strony i je zaznacza? (a może to już tylko mój literacki odchył?)
Wyciska łzy i powoduje salwy śmiechu. Zachwyca totalnie. I zdumiewa na koniec. Obowiązkowa lektura. Każdemu wciskam.

Zupełnie inny jest "Ripley Bogle". Zupełnie inna powieść, choć mówiąca o podobnych problemach i napisana w podobnym, a dla mnie doskonałym, stylu. A ta krótka wstawka idealnie ilustruje moim zdaniem samego "Ripley'a Bogle'a" jak i również "Ulicę Marzycieli" a przede wszystkim doskonałe pióro mojego nowego Mistrza. :)

"To książka pełna niespodzianek – na przemian smutna, śmieszna, absurdalna, tragiczna, patetyczna, brutalna i poetycka, poruszająca poczuciem zagubienia i cierpienia. I ujmująca wdziękiem, ożywczym tchnieniem nadziei, która mimo wszystko gdzieś w podtekstach pozostaje. „Zdumiewająca powieść – potoczysta, głęboka, gniewna” – napisała o Zaułku łgarza Eileen Battersby, recenzentka „Irish Times”. – „Robert McLiam Wilson rozśmieszył mnie, skłonił do refleksji, sprawił, że poczułam zazdrość. [...] Niezaprzeczalną siłą tej przezabawnej powieści jest arogancka, impertynencka wręcz swoboda, z jaką autor operuje językiem, a jej dominantą - pełen gorzkiej desperacji i udawanego heroizmu głos pierwszoosobowego narratora, Ripleya Bogle’a. To, gdzie kończą się fakty, a gdzie zaczynają kłamstwa, nie ma najmniejszego znaczenia.”

Poza tym muszę wspomnieć jeszcze o dwóch. A jedna z nich jest lekturą. Niestety nie tak ważną jak inne wciskane nam kanony literatury polskiej, ale co tam. Jedyną oprócz "Wertera" którą przeczytałam w całości a w dodatku z prawdziwą przyjemnością.
"Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułkahowa. Doskonałe. Doskonałe. Doskonałę. Przede wszystkim pióro Bułhakowa - bezbłędne. Książka naprawdę magiczna, intrygująca, głęboka, kontrowersyjna i porywająca.  

I mój ulubiony cytat:

– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.

No i byłby jeszcze Nicka Hornby'ego. Coś w gruncie rzeczy stylowo podobnego do Roberta McLiama Wilsona ale jednak mu nie dorównująca. Mimo to Hornby pisze tak, jak ja lubię najbardziej - lekko, zwiewnie, pod cynizmem, humorem i ironią skrywając głębię, dostrzeżenie której znów zależy tylko od nas. Większość oglądała film, więc wie o co chodzi. Zrobiłam to i to i jak bardzo uwielbiam film, mówię - przeczytajcie książkę.

Książkowo byłoby na tyle.

Zostało mi muzycznie, ale za ten najobszerniejszy dział zabiorę się osobno, najpewniej jutro (co innego mi pozostaje?).

Cheers!



 








by Digsy | 2008-12-26 20:54:49 | skomentuj! (1)